SOBOTA
Niezbyt rześki, dziesięć minut przed drugą w nocy, zwlekam się z łóżka.
Około 2:30, czekając na Tomasza, uświadamiam sobie, że zapomniałem wziąć termos.
Na dworzec PKS w Katowicach przybywamy kilka minut przed przyjazdem autobusu. Zajmujemy miejsca i ruszamy do Zakopanego.
Chwilę przed ósmą jesteśmy na miejscu, przechodzimy pod bar FIS i busem ruszamy w kierunku Siwej Polany.
Nie chcąc tracić czasu na wędrówkę Doliną Chochołowską wypożyczamy rowery i pedałujemy do punktu zdawczego, nieopodal leśniczówki Chochołowskiej.
Ledwie Tomasz kończy śniadanie, doganiają nas turyści idący pieszo. Kwestię, czy to apetyt Tomasza, czy też brak kondycji, pozostawiamy nierozstrzygniętą.
Udajemy się na Polanę Chochołowską.
Nie zaglądając nawet do tamtejszego schroniska, za żółtymi znakami wchodzimy na Grzesia (1653 m n.p.m.).
Teraz Długim Upłazem wędrujemy na Rakoń (1879 m n.p.m.). Z góry Polana Chochołowska wydaje się malutka.
Dalej przez Przełęcz Zawracie (1863 m n.p.m.) podchodzimy na Wołowiec (2064 m n.p.m.).
Nieprzespana noc daje nam się we znaki. Z trudem zdobywamy kolejne szczyty.
W okolicach Jarzębczego Wierchu (2137 m n.p.m.) pogoda zaczyna się psuć.
Pięknym krajobrazom dziękujemy.
We mgle, przez Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.) idziemy do przełęczy Liliowy Karb (1959 m n.p.m.) i odbijamy w lewo, zmieniając szlak na zielony.
Zapasy wody okazują się niewystarczające.
Dochodzimy do szczytu Ornaka (1854 m n.p.m.).
Chwilę później deszcz i wiatr przybierają na sile. Jestem tak spragniony, że zlizuję krople deszczu z rękawów kurtki.
Schodzimy do Iwaniackiej Przełęczy (1459 m n.p.m.) i żółtym szlakiem do schroniska na Hali Ornak.
Przebieramy się w suche ubrania, jemy kolację, popijamy piwko. Około dziesiątej instalujemy się w śpiworach.
NIEDZIELA
Rano okazuje się, że pomieszczenie z napisem Suszarnia z suszeniem niewiele ma wspólnego. Na szczęście mamy zapasowe pary butów.
Na rozgrzewkę udajemy się w rejon Jaskini Mylnej.
Niestety prognozy pogody okazały się trafne. Ciągle pada.
Brak latarek oraz dość spore plecaki uniemożliwiają nam penetrację jaskiń.
Wycofujemy się i maszerujemy w stronę Kirów.
Na Cudakowej Polanie skręcamy w prawo, by czerwonym szlakiem dojść na Ciemniak (2096 m n.p.m.)
Gdy tylko wychodzimy ponad las, wiatr przybiera na sile.
Nieustający deszcz, przemoczone ubrania i porywisty wiatr powodują, że musimy się wycofać.
Zielonym szlakiem schodzimy do Doliny Tomanowej i zziębnięci, około piątej, wracamy do schroniska.
Resztę dnia spędzamy na wymianie górskich opowieści z parą turystów z Wielkopolski.
PONIEDZIAŁEK
Wstaję, zakładam wilgotne jeszcze spodnie i polar by wyschły podczas śniadania. Buty z soboty są wciąż mokre.
Tomasz oznajmia, że nie widzi sensu, w chodzeniu po Tatrach w deszczu.
Rozstajemy się po śniadaniu.
Udaję się do Kirów i dalej busem do Kuźnic.
Niebieskim szlakiem, około południa, ruszam do Doliny Gąsienicowej.
Po dwóch godzinach staję na brzegu Czarnego Stawu Gąsienicowego.
Kiepska widoczność nie robi już na mnie wrażenia.
Skręcam w lewo i obchodzę staw.
Pierwszy raz zastanawiam się nad zdjęciem butów.
Chwilę później nie mam innego wyjścia...
Jeszcze tylko pokonanie rwącego strumienia...
Kilkanaście minut później Tatry pokazują mi swe groźne oblicze.
Najpierw, myląc drogę, wspinam się po dość stromej ścianie, zastanawiając się, dlaczego nie ma łańcuchów.
Na szczycie, nie odnajdując niebieskich oznaczeń, za to widząc turystów idących w dole, poważnie rozważam wezwanie TOPRu.
Jednak ryzykuję i po bardzo luźnych, ostrych skałach, schodzę drżąc z przerażenia.
Uff, reszta podejścia na Zawrat (2158 m n.p.m.), ubezpieczona łańcuchami wydaje się teraz banalna.
Chwilę po czwartej jestem kilka kroków od przełęczy.
Z przełęczy schodzę do Doliny Pięciu Stawów Polskich.
Udaję się na nocleg w najwyżej położonym schronisku w polskich Tatrach (1670 m n.p.m.).
WTOREK
Godzina 5:00 wstaję, spoglądam przez okno. Widoczność wynosi kilkaset metrów, widzę drugi brzeg Przedniego Stawu.
Z podniecenia nie mogę już zasnąć.
Jem śniadanie, pakuję się i ruszam z zamiarem wejścia na Świnicę (2301 m n.p.m.).
Idę pogwizdując sobie, by nie zaskoczyć jakiegoś niedźwiadka.
Uzupełniam zapasy wody.
Daję się wyprzedzić dwójce turystów z Katalonii.
Kilka minut po ósmej spotykamy się na Zawracie.
Okazuje się, że też idą na Świnicę.
Najpierw krótkie zejście, by za moment, wspomagając się łańcuchami, piąć się w górę.
Widoki...nie, widoków brak.
Robimy pamiątkowe zdjęcia...
I na dół, w stronę Kasprowego Wierchu (1987 m n.p.m.).
Z Kasprowego, zielonym szlakiem, w strugach deszczu schodzę do Kuźnic.
Jeszcze tylko zakupy na Krupówkach i powrót autobusem do Katowic.
Bardzo sympatyczny blog, trafiłam przez przypadek i na pewno powrócę - fajnie się czyta Twoje wpisy, a do tego ogląda zdjęcia miejsc, w których się było osobiście z innej perspektywy ;)
OdpowiedzUsuńDo zobaczenia na szlaku i udanych kolejnych górskich wypraw! ;)