Ruszamy z małym 30-minutowym poślizgiem, spowodowanym podobno przez Tomasza. Mam déjà vu albo wycieczka na Wielką Raczę nie była dość wyczerpująca i zniechęcająca, bo skład górskich wyjadaczy pozostał ten sam.
9:30 zatrzymujemy się obok Domu Turysty PTTK "Nad Zaporą".
Na drzewie dostrzegamy żółte oznaczenia. Pierwsze wzniesienie pokonujemy w iście wiosennej scenerii.
Droga staje się błotnista...
Po lewej stronie wyrasta skocznia w Wiśle Malince.
Idziemy dalej w stronę Cienkowa Niżnego (720 m n.p.m.), zatrzymując się czasem, by zrobić zdjęcia.
Po niezbyt forsownym marszu docieramy na szczyt. Przysiadamy i konsumujemy śniadanie. Tym razem parówki Jarka są z porządnej tektury.
Posileni ruszamy dalej. Schodzimy z Niżnego na szerokie wylesione obniżenie, na którym wiatr daje się nam we znaki.
W Marcinie obudziła się małyszomania...
Wchodzimy do lasu. Na drodze leży coraz więcej śniegu. Wysoka temperatura powoduje, że jest on bardzo grząski. Idzie się naprawdę źle.
Brodząc w śniegu zdobywamy Cienków Postrzedni (867 m n.p.m) oraz Cienków Wyżni (957 m n.p.m.).
Czasem da się słyszeć szemrzenie strumieni płynących pod śniegiem. Czasem, wpadając głębiej, można w nich zanurzyć stopę lub łydkę.
Doganiam turystów idących na Skrzyczne.
Tomasz na przedzie stawki, ja kilkaset metrów za nim, reszta daleko z tyłu.
Docieram na Gawlasi (1076 m n.p.m.) i dostrzegam siedzącego na skale Tomasza.
Wiatr jeszcze bardziej przybiera na sile. Zakładamy kurtki. Chwilę później doganiają nas: Ania, Marcin i Jarek.
Zarastającymi wiatrołomami wspinamy się na szczyt Magurki Wiślańskiej (1140 m n.p.m.)
Pokrywa śnieżna staje się grubsza, a my znów się w niej zapadamy. Od strony Węgierskiej Górki dołącza do nas samotny wędrownik. Jak się zaraz okaże, ma na imię Rafał.
Przysiadamy na chwilę, by nabrać sił na ostateczne zmierzenie się ze szczytem Baraniej Góry (1220 m n.p.m.).
Teraz naprawdę walczymy o każdy metr. Mordercza wspinaczka w kopnym śniegu ciągnie się w nieskończoność.
Zaczyna podać deszcz. Mgła gęstnieje. Platforma widokowa na nic się chyba nie zda. Mimo wszystko nikt nie narzeka, cel naszej wędrówki osiągnięty.
Rafał wraca, my zaś idziemy dalej.
Schodzimy czerwono-niebieskim szlakiem. Tomasz dowiedział się od Rafała, że pół godziny od szczytu znajduje się schronisko. Wydaje mi się trochę dziwne, że w przewodniku nic o tym nie wspomnieli.
To, po czym teraz idziemy, to nic innego jak wodnista breja.
Dochodzimy do schroniska "Pod Baranią Górą". Buty mamy pełne wody, postanawiamy dać sobie chwilę wytchnienia.
Po krótkiej lekturze przewodnika okazuje się, że pomyliliśmy drogę. Mieliśmy zejść do Wisły Czarne. Jesteśmy lekko przygnębieni, bo miało być już tylko z górki.
Jednak po przestudiowaniu mapy zamieszczonej na przydrożnej tablicy, postanawiamy iść czarnym szlakiem. Jest to najkrótsza droga do Wisły Czarne.
Tym razem, dla odmiany pod nogami mamy lód.
Po kilkunastu minutach ślizgawki stajemy na rozdrożu. Co prawda, nie ma czarnych oznaczeń, ale dajemy się skusić.
Zmieniamy się co kilkaset metrów w przecieraniu szlaku (właściwie, to jakiego szlaku ?). Mimo to musimy co chwilę przystawać by złapać oddech.
Kluczymy pomiędzy Przyporem (1007 m n.p.m.) a Przysłopem (1029 m n.p.m.). Z każdym krokiem zapadamy się po kolana. Po niespełna dwóch godzinach wyczerpującej wędrówki, zaczynamy żałować, że nie poszliśmy dłuższą asfaltową drogą.
W końcu docieramy do asfaltowej drogi. Jesteśmy zmęczeni ale szczęśliwi.
Wzdłuż drogi wije się Biała Wisełka.
Potok staje się coraz większy.
Spotkani na drodze ludzie potwierdzają, że jesteśmy w Wiśle Czarne. Ta informacja wprawia nas w doskonały nastrój.
Nie wiemy jeszcze, że do samochodu mamy ok. 4 kilometrów marszu...
Po ponad godzinie, wyczerpani, w zupełnych ciemnościach, docieramy do Domu Turysty.
Wracamy do Bytomia.
Przeszliśmy ok. 25 kilometrów.





























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz